Autor dzieła:
Miejsce:
Epoka:
Audiodeskrypcja dzieła
Gęsta śnieżnobiała mgła ścieliła się sennie na skaliste zbocza wąwozu. Pośród leniwie przesuwających się jasnych obłoczków raz po raz wyrastały ciemne sylwety poszarpanych głazów i stromych pagórków. Kropelki porannej rosy oblepiły skąpo rosnącą tu i ówdzie rdzawo-zielną roślinność. Nad górską krainą zaległa drzemiąca cisza. Był 30 listopada 1808 roku. W mlecznej poświacie dało się dostrzec majaczące sylwetki pnących się mozolnie ku górze postaci. Szli ostrożnie, niemalże po omacku wsłuchując się w przestrzeń przed sobą. Uważnie badali każdy kolejny odcinek kamienistej drogi. Podkute, wysokie buty grzechotały na skalnej opoce i osuwającym się spod nóg kamienistym żwirze. Słychać było szczęk broni ocierającej się o mundury. Gdzieniegdzie uszu dochodziły wydawane szeptem rozkazy oraz stukot końskich kopyt. Był to francuski rekonesans złożony z konnych szaserów oraz oddziałów piechoty.
Wąwóz Somosierra, w którym się znajdowali jest zachodnią częścią rozległego pasma Sierra de Guadarrama oddzielającego Kastylię i Leone od prowincji Madryt. Obok głównego gościńca przebiegającego przez miasta Valladolid i Segowię przełęcz ta stanowiła jedyną drogę na stolicę Hiszpanii - Madryt. Właśnie ten krótszy szlak wybrał Napoleon dla swoich żołnierzy. Chcąc ugrać na czasie, po świeżo zdobytym Burgos cesarz spieszył na jak najszybszy podbój Iberii.
Mgła, jeszcze do niedawna przesłaniająca wszystko dookoła, zaczęła rzednąć i unosić się ku błękitnej otchłani nieba odsłaniając skryte w czeluściach wąwozu wojsko.
Nagle olbrzymi huk przeszył niezmąconą toń powietrza. W górę wzbiły się słupy ognia. Olbrzymie grudy ziemi i kamieni zaczęły opadać na zaskoczonych żołnierzy, którzy rozpierzchli się po wszystkich zakamarkach wąwozu. To hiszpańska artyleria strzegąca przejścia w przełęczy otworzyła ogień do cesarskich intruzów. Najeźdźcy nie dali jednak za wygraną i próbowali szturmować. Jednakże kolejne salwy dosięgły celu. Kule armatnie bezlitośnie siekały próbujących przeć do przodu piechurów. Dolinę usłały porozrywane ciała żołnierzy i koni. Dno wąwozu pokryła krwawa posoka. Dookoła zapanował chaos. W zgiełku okrzyków i ryku kolejnych wystrzałów otumanieni francuzi rzucili się do odwrotu zostawiając za sobą rannych i zabitych kamratów.
Widząc rozpościerający się przed sobą widok głównodowodzący jazdy generał Montbrun stwierdził, iż dalszy atak jest bezcelowy, a przełęcz Somosierra jest niemożliwa do zdobycia. Odpowiedź Napoleona była krótka: „Dla moich Polaków nie ma rzeczy niemożliwych”.
Do ataku na pozycje hiszpańskie ruszyli polscy szwoleżerowie gwardii dowodzeni przez Jana Kozietulskiego. Jak stali, uformowani w czwórki zerwali się galopem. Zbita masa koni i jadących na nich jeźdźców wbiła się w gardziel wąwozu. Ziemia zadrżała od nacierającej szarży, a tętent kopyt i wtórujące mu okrzyki ‘Vive l’Empereur!’ zwielokrotniane jeszcze przez odbijające się od ścian wąwozu echo wzbudziły trwogę w sercach hiszpańskiej obrony. Tak jak mgła o poranku, tak teraz lansjerów skryły tumany kurzu, który wgryzał się w oczy i zatykał nozdrza. Działa pierwszej baterii nie zdołały wstrzelić się w cel. Salwa powaliła nielicznych, w tym Kozietulskiego, który padł z czapką i płaszczem podziurawionym przez kule, przygnieciony przez własnego konia. Fala jeźdźców nie zatrzymała się nawet na chwilę, przelatując nad armatami i tnąc kanonierów hiszpańskich w przelocie. Potyczki nie trwały długo. W mniej niż dwie minuty po zdobyciu pierwszej, szwoleżerowie dotarli do drugiej baterii. Szaleńcze tempo szarży spowodowało, iż Hiszpanie nie zdążyli zadać Polakom wielkich strat i zaraz padli pod szablami. Dalej, po kolejnym zakręcie, szwoleżerowie wpadli na trzecią baterię, która została zdobyta po krwawym szturmie. Konie padały pod silnym ogniem dział przygniatając żołnierzy. Wpadały jedne na drugie tratując leżących. Niektóre już bez jeźdźców gnały w szaleńczym pędzie razem z szarżą. Na zdobytym stanowisku pokryła szwoleżerów fala piechoty hiszpańskiej, która pluła ogniem karabinowym i kuła bagnetami. Ostatecznie jednak wróg wycofał się zostawiając na wzgórzu garstkę szwoleżerów. Wąwóz został zdobyty. Napoleon uhonorował zwycięzców wysokimi odznaczeniami i tytułami zaliczając szwoleżerów gwardii do swych najlepszych oddziałów konnych, zaś Hiszpanie nadali im przydomek Los infernos picadores - to znaczy Piekielnych Lansjerów, których wyczyny budziły w nich zarówno wrogość, strach i podziw. Brawurowa szarża Polaków gwardii przeszła do historii. Z czasem stała się mitem heroicznym całego wojska polskiego biorącego udział w kampanii napoleońskiej.
Modrzewiowe belki drewnianego stropu obszernej izby trzeszczały niemiłosiernie pod olbrzymim ciężarem. Zdawało się, że cały dwór w Krzysztoporzycach chwieje się w posadach. W górze na pasach zaczepionych o żelazne haki wisiał skrępowany koń. Przerażone zwierzę przewalało oczyma, parskało, toczyło pianę z pyska, wierzgało masywnymi kończynami. Zachwycony tym Pan Piotr skupiony nad swym szkicownikiem mówił sam do siebie: - Tak! Wspaniale! Cóż za potężne zwierzę. Co za siła! Teraz doskonale widział układ olbrzymiego cielska wierzchowca, każde napięcie mięśni uwydatniające się na połyskliwej aksamitnej sierści.
Piotr Michałowski od dzieciństwa przejawiał wiele talentów, których nie powstydziłby się nawet żaden humanista odrodzenia. Był biegły zarówno w naukach ścisłych jak i przyswajaniu wiedzy przyrodniczej czy języków obcych. W wieku lat dwunastu z upodobaniem czytał klasyków i z łatwością rozwiązywał zadania matematyczne. Rysował i składał zgrabne kompozycje muzyczne. Jego ojciec Józef zadbał o wszechstronne wykształcenie syna. Piotr po zdaniu matury z wyróżnieniem, podjął studia w Krakowie, gdzie ukończył mineralogię i matematykę oraz humanistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Następnie studiował historię prawa na uniwersytecie w Getyndze. W latach 1823-1830 zajmował się organizacją hutnictwa w Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu w Warszawie. W tym czasie często przebywał w Tomaszowie Mazowieckim, odwiedzając siostrę Antoninę z Michałowskich Ostrowską. Tam też stał się obserwatorem życia gospodarskiego, jakie toczyło się przy pobudowanym przez jego szwagra Antoniego Ostrowskiego - dawnego kwatermistrza armii księcia Józefa, dworku szlacheckim w stylu klasycystycznym. Wykształcenie, otwarty umysł oraz gospodarskie umiejętności spowodowały, iż w wieku zaledwie 24 lat Michałowski zrobił oszałamiającą karierę urzędniczą. Gdy na zniewolonej i pooranej rozbiorami ziemi Polskiej kipiało od knowań przeciw zaborcom, gdy Mickiewicz i Goszczyński wieszczyli o prorokach i pielgrzymach, a granice przemierzali liczni emisariusze, Michałowski realizował sen o potężnej i rozwijanej się gospodarczo Rzeczypospolitej. Można powiedzieć, iż w tych poglądach wyprzedził swoje pokolenie, a postawą patriotyczną wpisywał się w nurt przyszłej epoki – pozytywizmu. Jednakże gdzieś w głębi duszy, kołatał się zawsze ów duch romantyczny przejawiający się w podziwie nad ojczystą ziemią i uwielbieniem dla dawnych bohaterów. Ujście swe natomiast znajdowały uczucia Piotra w rysunku i malarstwie. Od najmłodszych lat fascynowały go konie, z którymi jako syn ziemiański oswojony był od dziecka. Imponowały mu ich siła i wielkość przy jednoczesnej gracji w poruszaniu się i zgrabnej figurze. Toteż w swoich pracach Michałowski szukał pretekstu do tworzenia kolejnych studiów tych wspaniałych zwierząt, a polskie wsie i miasteczka dostarczały mu ich w nadmiarze. Przejażdżki konne, targi końskie, ładowne wozy, zaprzęgi i dyliżanse, konie przy pracy, w stajni, u wodopoju, w galopie i w lekkim cwale, perszerony stające dęba i oczywiście sceny batalistyczne. W tych ostatnich urzędnik-artysta łączył oba zamiłowania. Dorastając w czasach wojen napoleońskich wychowany został na heroicznym micie polskich wojsk walczących u boku francuzów. Niezapomniany był dzień, kiedy w domu jego babki podkomorzyny Michałowskiej stanął kwaterą sam generał Jan Henryk Dąbrowski. Michałowski pamiętał dumnych wojaków w barwnych mundurach, którzy mieli przynieść utraconą wolność, a ostatecznie zostawili rozczarowanie i smutek. I jeszcze coś. Pamięć o wielkich czynach, niezwykłym poświęceniu i woli walki w imię Ojczyzny. Jako trzynastolatek w latach nauki u malarza Michała Stachowicza szkicował z zapałem i malował akwarelą postacie grenadierów, huzarów, lansjerów i strzelców, których obrazy jeszcze świeżo stały mu przed oczami.
Rozwój artystyczny Michałowskiego nie był jednak systematyczny i ciągły. Nigdy bowiem nie kształcił się na zawodowego malarza, a malarstwo nie było źródłem jego utrzymania. Było pasją, do której uciekał, kiedy tylko nadarzyła się do tego okazja. Gdy po klęsce powstania listopadowego w 1831 roku udał się na krótką emigrację do Paryża, z daleka od kraju i od gospodarskich obowiązków mógł oddać się pracy twórczej. Michałowski podjął naukę u Nicolasa Toussainta Charleta niezbyt wziętego artysty, ale uznanego pedagoga i członka Académie des Beaux-Arts. Wybór swój uzależnił także od jednej rzeczy. Charlet tak jak i on był wielbicielem Napoleona, a w swej twórczości specjalizował się w przedstawieniach batalistycznych. Był także przyjacielem ulubionego artysty romantycznego Michałowskiego - Théodore Géricaulta - zwanego malarzem wariatów i koni. Obszerna pracownia Charleta wyglądała trochę jak magazyny wojskowe a trochę jak pobojowisko po świeżo skończonej potyczce. Gdy Piotr zabrał się do malowania szybko wyszedł na jaw jego talent i niezwykły, przełamujący wszelkie kanony styl. Charlet dał mu wolną rękę wspomagając jedynie drobnymi uwagami i koleżeńską pomocą. Michałowski tworzył, a jego sława rosła. W latach trzydziestych XIX wieku był jednym z najsławniejszych malarzy Paryża. Jego "konie" cieszyły się niezwykłą popularnością na francuskim rynku i sprzedawane były przez marszandów w Niemczech, Anglii, a nawet w Ameryce. Po mieście przelatywały istne legendy. Za szkice i akwarele Michałowskiego płacono ponoć tyle złotych luidorów ile mieściło się na obrazie. Niestety dobrą passę przerwała choroba ojca, która zmusiła malarza do powrotu do kraju. Wrócił do Krakowa, gdzie w latach 1848 – 1853 był prezesem Rady Administracyjnej. W tym czasie rozwinął w pełni twórczość artystyczną, a podczas częstych podróży zagranicznych - studia muzealne.
Styl Michałowskiego, choć wyrosły na naukach malarzy sentymentalistów czerpiących jeszcze z klasycyzmu i rokoka jest ciężki do sklasyfikowania. Skrajnie antyklasyczna i antyakademicka, wręcz rewolucyjna na tle europejskim, forma jego dzieł nie mieści się w kanonie ówczesnej sztuki. Zarówno w rysunkach jak i dziełach malarskich nie skupiał się na detalu. Jego obrazy to kompozycje szeroko kładzionych plam wykańczanych szybkimi pociągnięciami pędzla i ostrym konturem, zwłaszcza jeśli chodzi o akwarele. Całość przedstawień traktował szkicowo. Kompozycja dzieł opiera się zwykle na jednym bądź paru obiektach wyeksponowanych na tle rozmytego czasem wręcz abstrakcyjnego krajobrazu. Postacie zwierząt i ludzi cechuje bryłowatość i masywność, która jednakże dzięki dynamicznemu nakładaniu koloru zyskuje niezwykłą ekspresję wyrazu. Stąd też dzieła polskiego malarza porównywalne są z twórczością malarzy preimpresjonistów takich jak William Turner. W przeciwieństwie do nich, czy do późniejszych ekspresjonistów Michałowski operuje niezwykle uproszczoną paletą barw, która utrzymana jest głownie w ciepłych odcieniach ziemistych i szarościach oszczędnie wzbogacana akcentami żółci, czerwieni czy bieli. Głównym atutem plastycznym obrazów olejnych jest ich faktura. Tak jak w przypadku akwareli artysta zestawia ze sobą szerokie plamy grubo kładzionej farby tworzącej jakby falujące kosmyki, przy czym dopuszcza do ich łagodnego przechodzenia jeden w drugi zacierając kontury. Prócz tego wyczuwalna jest chropowatość płótna, którego splot przebija przez powłoki malarskie.
Szarża 3. szwadronu 1. Pułku Szwoleżerów Gwardii Cesarskiej, przeprowadzona 30 listopada 1808 na przełęczy Somosierra w Hiszpanii, była ulubionym tematem artysty, który poświęcił jej kilka swoich prac i liczne szkice. Obraz Szarża w wąwozie Somosierra (lub Somosierra) powstał ok. 1837, po powrocie malarza z Paryża. Artysta latami nosił w sobie wizję ognistej bitwy. Swym dziełem przeciwstawił się dotychczasowej ikonografii przedstawiającej dowódców na tle grupki szwoleżerów. Michałowski zupełnie odwrócił wyraz ideologiczny jak i optykę dzieła. W centrum znaleźli się żołnierze - zwarta grupa jeźdźców przesłonięta kłębami kurzu jak huragan przelatująca przez przesmyk wąwozu. Swoją wizję opierał na ustnych relacjach uczestników szarży. Barwnych opisów dostarczył artyście okryty szczególną sławą kapitan Andrzej Niegolewski, który jako jedyny z oficerów dotarł na szczyt przełęczy. Na koniec przywalony przez konia otrzymał dziewięć ran zadanych bagnetem i dwie od kul wroga. W jednym z listów do Michałowskiego pisał: „Co do landszaftu to wiele wmość Panu powiedzieć nie mogę. Pamiętam, że była gęsta mgła, a potem zaczął prószyć pierwszy listopadowy śnieg. Zresztą wśród trzasku granatów, świstu kul, warczenia kartaczy i gęstego dymu z hiszpańskich dział, przyznam się szczerze, żem na ladszaft nie zwracał uwagi”.
Tak powstała ostateczna wizja Somosierry, która na trwałe weszła do ikonografii bitwy. Na niewielkich wymiarów płótnie – ok. 81 x 66,5 cm - Michałowski ukazał pędzącą na hiszpańskie armaty konnicę. Uchwycił moment, gdy szarża wychodząc zza załamania wąwozu wpada na wrogie stanowisko. Tak jakby chcąc wiernie oddać wspomnienie Niegolewskiego artysta nie skupia się na krajobrazie, który jest zatarty i niewyraźny. Na tle jasnych i ciemnych plam widoczne są jedynie usypane w pędzący korowód sylwetki koni i ludzi. Malarz po mistrzowsku oddaje dramatyzm bitwy i heroizm Polaków. Powyginane załamujące się jak nurt szybko płynącej rzeki postacie żołnierzy oraz poszarpane kłębiące się wokół nich tumany kurzu nadają dziełu niezwykłą ekspresję. Żadnemu z artystów podejmujących temat bitwy przed Michałowskim nie udało się przedstawić jej tak dynamicznie i sugestywnie. Francuski malarz Horatio Vernet ukazał scenę po szarży, gdy na zdobyte posterunki wchodzą wojska francuskie i wjeżdża grupa oficerów z dowódcą szwoleżerów na czele. Półkownik Krasiński, który był zresztą zamawiającym dzieło w istocie spędził moment szarży w sztabie. Również dzieło innego artysty Hippolita Bellagne ukazuje krajobraz po bitwie, a na jego tle Napoleona z oficerami. W innych pomniejszych szkicach czy grafikach zwłaszcza artystów francuskich w tym wspomnianego Verneta kompozycja i zastosowane środki wyrazu nie pozwalają patrzącemu przeżyć szaleńczej szarży w śmiertelnym wąwozie. Dzięki odpowiednio dobranej perspektywie Michałowski pozwala widzowi stać się uczestnikiem bitwy podążającym za piekielnymi lansjerami. Realizuje on wolę weteranów pragnących zachowania w pamięci ich bohaterskiego czynu, utrwala mit heroiczny, jakim stały się relacje o Somosierze oddając hołd szwoleżerom. W obrazie swym daje również wyraz tego, iż jest malarzem romantyzmu tworzącym ku pokrzepieniu serc narodu bohaterów, który na 120 lat został wymazany z mapy Europy.
Szymon Swoboda
Źródła:
M. Kwiatkowski, Polscy malarze koni, Warszawa 1991
H. Mortkowicz-Olczakowa, Piotr Michałowski, Kraków 1956
Jan K. Ostrowski, Piotr Michałowski, Warszawa 1985
J. Stepniowa, Krajobraz z tęczą, Warszawa 1976
A. Zeńczak, Piotr Michałowski, Wrocław 2001









